poniedziałek, 8 grudnia 2008

JA SIę KOCHAM, A TY śPISZ...

Sory wszystkich "stęsknionych" za brak dobranocek, ale z leksza nie miałem weny i czasu (balety i takie tam inne klimaty:P). Dzisiejszym tematem, przy którym będę przynudzał jest samoakceptacja (już chyba po raz setny...). Normalnie temat ciekawy jak flaki z olejem, ale już omówię go w końcu na tym blogu, bo mi się powoli odechciewa mówisz wszystkim cierpiącym co to jest, czym się objawia, co powoduje i jak z nią walczyć...

Ale od początku: samoakceptacja jak sama nazwa wskazuje jest to akceptowanie własnej osoby. Jest to inaczej miłość, szacunek i zaufanie do samego siebie. Proste, prawda? To weź spójrz teraz w lustro i powiedz 5 miłych słów o sobie... I jak, udało się? Jeśli znalazłeś/znalazłaś tych 5 prostych słów to możesz sobie dać spokój z czytaniem dalszego tekstu, bo temat Cię najwyraźniej nie dotyczy. Z kolei te osoby, które nie potrafiły znaleźć tych pięciu magicznych słów zapraszam do dalszego akapitu i przeczytania, co Szef ma Wam do powiedzenia.

Kim jesteś, że nie znalazłeś tych kilku prostych wyrazów aprobujących Twoją osobę? O czym pomyślałeś/pomyślałaś? Że masz krzywy nos, wielkie oczy, trądzik na twarzy czy, że po prostu jesteś do niczego? Cokolwiek Ci do łba nie wpadło - jedno jest pewne - nie szanujesz siebie! Nie doceniasz własnych zalet i najchętniej pozamieniałbyś się z innymi, bo przecież inni są lepsi od Ciebie! Są ładniejsi, mądrzejsi, inteligentniejsi, bogatsi, ciekawsi, a Ty co masz im do zaoferowania??? Jesteś takim zerem bądź jakby to powiedział Linda w "Psach": materiałem odpadowym, a Twoje miejsce jest na wysypisku śmieci! Nic nie potrafisz, nic nie umiesz, do niczego się nie nadajesz, Twoja obecność uprzykrza tylko innym życie. Jak często utożsamiałeś się z tym co właśnie napisałem? Jak często masz żal, pretensje do siebie, że się w ogóle urodziłeś?

Najgorsze jest to, że na brak samoakceptacji cierpi mnóstwo ludzi, którzy nie zawsze są tego świadomi. Nienawidzą siebie, obwiniają się za całe zło, a w lustrzanym odbiciu widzą jedynie żal i smutek. Niezwykle wpienia mnie takie zjawisko, gdyż niewątpliwie mogę uznać, że ze wszystkich problemów na świecie brak samoakceptacji jest zjawiskiem najbardziej zagrażającym każdemu! Często nawet malutki, tyci problem przy braku szacunku do siebie urąga do miana Titanica!!! Jeśli faktycznie nienawidzisz siebie, to wiedz, że jesteś hiperbolistą! Masz skłonności do przesadyzmu, nawet mały kłopocik jest dla Ciebie życiowym dramatem, gdyż wychodząc z założenia, że i tak nic nie potrafisz nie bierzesz się nawet za jego rozwiązanie! Najlepiej co potrafisz to siedzieć na tyłku, obwiniać się za wszystko i nic z tym nie robić!!! A kiedy ktoś już wyciąga do Ciebie rękę z pomocą, odrzucasz ją, bo na nic przecież nie zasługujesz, a swoimi czynami możesz tylko ranić! Oczywiście, masz prawo tak myśleć, nikt Ci nie broni! Tylko powiedz mi, a przede wszystkim powiedz sobie dlaczego tak jest? Co takiego zrobiłeś/zrobiłaś w życiu, żeby tak się poniżać? Kogo skrzywdziłeś/skrzywdziłaś, że najchętniej zakopałbyś się pod ziemię? Albo dlaczego nie wychodzisz do ludzi? Jest Ci źle z Twoim wyglądem czy też charakterem bądź z jednym i drugim? Spójrz jeszcze raz w lustro... Masz wielkie oczy? Ja też, a do tego mam bicykle, które mi je jeszcze powiększają. Masz krzywy nos? Ja też, do tego z przekrzywioną przegrodą nosową. Garbisz się, ja też i jakoś z tym żyję. Masz trądzik? Ja też, mimo, że z nim walczę od tylu lat. Skrzywdziłeś kiedyś kogoś? Mnie też się zdarzało krzywdzić ludzi i jakoś żyję. Nie radzisz se z czymś w życiu? No patrz, ja też wszystkiego nie pojmuję, bo jeszcze się taki nie urodził, który by we wszystkim dogodził. W takim układzie co nas od siebie różni? W czym jesteś gorszy ode mnie bądź w czym jestem lepszy od Ciebie??? Nie jestem Brad Pitt, kiepski ze mnie playboy, za niektóre cechy charakteru też można by mnie skarcić, a jakoś siebie jednak lubię. I właśnie w chwili obecnej to jest największa różnica między Tobą a mną: ja siebie kocham, Ty nienawidzisz. Nie ukrywam tego, kocham siebie strasznie i nie uznaję tego za przejaw zarozumiałości i pychy. Po prostu wiem, że zawsze trzeba zaczynać od siebie: mam kochać kogoś, OK, ale najpierw muszę pokochać siebie. Jeśli chcę szanować kogoś, OK, muszę zacząć od szacunku do siebie itp. itd. Miewam w życiu porażki, jak każdy, ale się nie załamuję, idę do przodu. Nie jestem idealny, ale też nie jestem na tyle zły, żeby się nienawidzić. Nie zabiłem nikogo, nie zgwałciłem, nie wykorzystałem, więc jeszcze na miano człowieka zasługuję! Owszem, zraniłem sporo osób, ale jestem tylko człowiekiem i mam prawo to robić, a raczej się mylić w stosunku do niektórych osób. Ja jestem Tobą - Ty jesteś mną. Nie ma gorszy, lepszy, fajniejszy, ciekawszy - my to jedno, jeden człowiek, jedna siła, jeden sens. A sens jest taki, że choćbym nie wiadomo jaki był brzydki, mniej zdolny umysłowo, mniej zabawny itd. to i tak kocham siebie, bo akceptuję siebie takim jestem! Jeśli nie zmienię pewnych cech, czy to fizycznych, czy to charakterologicznych to po co mam się wiecznie naburmuszać, skoro i tak nic w ten sposób nie zyskam? Choć wiem, że jestem wadliwy to i tak zawsze znajdę jakieś zalety i Ty także je znajdziesz, tylko się z leksza przyłóż! Jestem jaki jestem i takiego siebie kocham i Ty również powinieneś siebie kochać takim, jakim jesteś. Jeżeli ja zasługuję na to, żeby żyć i się tym życiem cieszyć - to Ty tym bardziej - i nie zapominaj o tym nigdy, bo naprawdę warto...


Chrrrrr, chrrrrr